Autorka o sobie

Kazali mi napisać notkę o Genialnej Autorce. Dużo i nieskromnie. Poprosiłam uprzejmie, żeby się ode mnie odczepili, ale się nie odczepili. Mam docenić wagę reklamy. Ponieważ nie bardzo wiem, o czym mam napisać, to może ja napiszę, jak to się stało, że piszę.

Bezpośrednio po studiach prawniczych chciałam pracować jako karnistka, ale nie było mowy o dostaniu się na aplikację, więc zatrudniłam się w słynnej gazecie pt. "Chłopska Droga", w dziale listów, gdzie miałam przeczekać, aż się znajdzie jakieś miejsce, a tymczasem kompetentnie wyjaśniać Czytelnikom zawiłe prawne problemy. Wykształcenie do tego miałam nader wątpliwe, ponieważ co prawda na trzecim roku miałam taki przedmiot jak "Prawo Rolne", ale jakimś cudem udało mi się wtedy przekonać prowadzącego, że mi się to nigdy do niczego nie przyda, bo ja będę pracować w prawie karnym. Zaliczył mi z litości na trójkę z dwoma minusami, mimo permanentnej nieobecności na jego zajęciach i kompletnej ignorancji. A teraz w pracy miałam do czynienia prawie wyłącznie z prawem rolnym, toteż odpowiadanie na listy szło mi bardzo kulawo. Pewnego dnia przyszedł do mnie mój ówczesny szef z jakimś listem w garści i zamiast jak zwykle zrobić awanturę, że jeszcze nie ma na to odpowiedzi, rzekł:

•  Pojedzie tam pani, sprawdzi i napisze z tego reportaż.

•  Dobrze - odpowiedziałam posłusznie, bo bałam się, że zapyta o tę kupę innych listów, na które też jeszcze nie ma odpowiedzi.

Po czym kopnęłam się do encyklopedii, żeby sprawdzić, co to właściwie jest ten reportaż i jak się go pisze.

Encyklopedia wypowiedziała się na ten temat dosyć mętnie, no to uznałam, że należy pojechać, porozmawiać, obejrzeć i to wszystko napisać, a co będzie to będzie. Wydrukowali bez żadnej zmiany i wysłali na następny reportaż. Zachwyciłam się, że nie dość, że drukują, to jeszcze za to mi płacą. I nie każą już odpowiadać na listy.

Po trzech latach zaproponowało mi etat "Prawo i Życie", co było zaszczytem niebywałym i przepracowałam tam dziesięć szczęśliwych lat. Do tego, że drukują to, co napiszę, już się trochę przyzwyczaiłam, więc zachwyt mi trochę minął, gdy zorientowałam się, że po pierwsze tak naprawdę jest to okropnie ciężka praca, a po drugie, że jeśli się nie pisze - to nie płacą. Pisałam, więc, bo inaczej z lekka przymierałam głodem, a niczego innego robić się nie nauczyłam. W dodatku uchodziłam za dobrą reportażystkę, więc od czasu do czasu bałam się, że gdy w końcu się wyda, że ja nadal nie wiem, co to jest ten reportaż i jak się go właściwie pisze - to mnie wyleją na zbity pysk.

Pewnego dnia przyszedł do mnie mój ówczesny szef i powiedział, że o aferze "Żelazo" warto by napisać książkę. "Dobrze" - odpowiedziałam posłusznie, bo zaraz sobie wykombinowałam, że książka to taki dłuższy reportaż, pisanie trwa długo, więc mnie przynajmniej jakiś czas redakcja nie będzie gnębić z terminami oddania tych, których z racji niechęci do ciężkiej pracy jeszcze nie oddałam. Potem napisałam jeszcze dwie książki (też reportażowe), o szpiegach (zawsze pisałam z kimś, bo miałam nadzieję, że współautor odwali za mnie najgorszą robotę). I potem napisaliśmy jeszcze jedną książkę w modnym wówczas stylu "political fiction", książkę zwaną zwykle "dziełem literackim", bo odniosła oszałamiający sukces, sprzedając się w ponad stu tysiącach egzemplarzy (a były, były kiedyś takie czasy...). Ale że była to najgorsza chałtura, jaką kiedykolwiek napisałam, to się do niej nigdy nie przyznaję.

Wyszłam za mąż za Krzysia i już nie miałam powodu, by pisać, bo czy to robiłam, czy nie - głodem i tak nie przymierałam. Oddałam się, więc całkowicie życiu małżeńskiemu i towarzyskiemu oraz piramidalnemu lenistwu.

Gdy pewnego dnia okazało się, że mamy trójkę dzieci, odkryłam drugą okropnie ciężką pracę, jaką przyszło mi w życiu wykonywać, czyli wychowywanie własnych dzieci. W porównaniu z tym pierwsza okropnie ciężka praca zaczęła mi się jawić nieomal jako raj utracony, więc napisałam książkę. Żeby przekonać się, że tak naprawdę to kocham moje obie okropnie ciężkie prace - musiałabym się zatrudnić w kamieniołomach.

Aha, prawda, miałam się zareklamować. Otóż ja jestem Genialną Autorką, mam cudownego Męża i trójkę wspaniałych Dzieci. Albo przeczytajcie tę książkę, albo musicie uwierzyć mi na słowo.